| Autor : | Florys |
| Data dodania : | 13.11.2010 |
| Data aktualizacji : | 09.03.2011 |
| Czas trwania : | Od 05.09.2010 do 17.09.2010 |
| Trasa rejsu : | Polska - Niemcy - Dania |
| Tagi : | Florys, marina, morze, Ostsee, port, rejs |
Etap #1: Nowe Warpno - Wolgast - przystań miejska
Znamy się już od, przeszło 25 lat i z niejednego pieca razem chleb jedliśmy. Co roku, we wrześniu, starą "świecką tradycją", wypływamy, w mniej więcej stałej ekipie, w rejs po Bałtyku.
Tym razem niewiele brakowało, żebyśmy zostali w domu. Najpierw jeden kolega miał wypadek, drugi kłopoty rodzinne, trzeci walczył o kredyt, a pozostałych przygniatała zwykła, codzienna proza życia...
-Jedziesz i nawet mnie nie denerwuj! - to Robert, nasz kapitan zadzwonił, do mnie, do Płocka. - Od dawna planowaliśmy ten rejs do Wismaru i do Danii, a ty teraz chcesz się wykręcić!!!. Jeżeli nie będzie Ciebie w niedzielę rano w Łodzi to raz na zawsze wykasuję twój numer telefonu !
No cóż, na takie „dictum” spakowałem swój „coroczny bagaż” i pospieszyłem na miejsce spotkania.
"Załoga musi być jak palce jednej ręki'' ( ach, te polskie filmy a w nich życiowe dialogi ...) - no i prawie była, z jednym, małym wyjątkiem- na szóstego pojechał z nami Maruda.
Niedziela, 05.09.2010
-Nie, to bez sensu... - Maruda zaczął swoją mantrę -Jedźmy inną drogą -znam świetny skrót.
No i wyszło... 50 km dalej niż zwykle.
W Szczecinie szybkie zakupy- prowiant na cały rejs, i dalej jazda do Nowego Warpna. Po drodze, w Trzebieży, wrzuciliśmy jeszcze „coś na ruszt”, czyli smażoną rybkę i w dobrych humorach zameldowaliśmy się u sympatycznego właściciela czarterowanego jachtu. Zaokrętowanie zajęło nam około 2 godzin (ach, te bagaże ... ), a resztę dnia spędziliśmy na uciechach portowych- no przecie trza się zaaklimatyzować.
Poniedziałek, 06.09
przywitał nas ciszą i mgłami spowijającymi całą Zatokę Nowowarpieńską. W radiu zapowiadali wiatr południowo- wschodni, 2 do 3- idealnie jak na początek rejsu. Wypływając na wody Zalewu Szczecińskiego przemknęliśmy cicho obok portu Altwarp. Żadnej odprawy, jak to drzewiej bywało, żadnego meldowania się w pobliżu okrętu Straży Granicznej. Pozostały teraz tylko żółte boje graniczne i sieci poustawiane tuż przy torze wodnym.
Cały dzień relaksu "-...Sol, vind och vatten är det bästa som jag vet..."( słońce, wiatr i woda są tym co najlepsze) jak w piosence Ted`a Gärdestad`a. Tylko Maruda znowu zaczął swoje: - "Nie, to bez sensu, trzeba było popłynąć przez Świnoujście, telepiemy się tu z burty na burtę, nie zdążymy na otwarcie mostu zwodzonego Zecherin, włączcie silnik..." i tak to już marudził aż do Wolgastu.
Etap #2: Wolgast - Citymarina Stralsund
Wtorek, 07.09
-Guten Morgen! Hafenamt Wolgast - obudziła nas urzędniczka, zbierająca opłatę portową- jedyne 9,80 Euro.- Oj, co panowie tutaj srobić?! Wy umyć naczynia w umywalni, to nie jest rigtig- tyle miała do powiedzenia na dzień dobry.
-Ale to były tylko szklaneczki, droga pani, prawie czyste, po wódeczce...- tłumaczyliśmy się - A tak w ogóle, to gdzie można myć naczynia? Ach nigdzie, no to przepraszamy i do widzenia.
I popłynęliśmy, poprzez zwodzony most, nurtem Peene, aż do morza i jeszcze dalej, na zachód, baksztagiem przez Greiswalderboden i cieśninę Strelasund do Stralsundu. W Stralsundzie po przejściu przez Ziegelgraben ( most zwodzony ) i pod Ruegenbruecke ( most autostradowy ) zacumowaliśmy tradycyjnie w Citi Marina. Port jachtowy- dość nowoczesny i czysty. Jeszcze nocne zwiedzanie miasta, „obrzędy kolacyjne” ze szklaneczkami w rękach i spanko.
Etap #3: Stralsund - Darßer Ort
Środa, 08.09
-Dlaczego masz wyłączoną komórkę? To bez sensu!- zaatakował mnie rano Maruda.
"No cóż, chciałem się uwolnić na urlopie od wydzwaniających do mnie klientów” - pomyślałem.
-Ja tam mam dwie -ciągnął Maruda, nie czekając na odpowiedź -jedną w polskiej sieci, a drugą w niemieckiej i jeszcze- laptopa do tego...
"Gadżetman jeden."
Kapitan wyznaczył kurs na Darßer Ort. Wąskimi rynnami toru wodnego poprzez mielizny Kubitzerboden i wokół południowego cypla wyspy Hiddensee. Piękna pogoda i wspaniały zefirek ze słusznego kierunku SE pozwoliły nam zająć się podziwianiem przez lornetki ptactwa wylegującego się na przybrzeżnych łachach.
Półwysep Fischland-Darß-Zingst powstał z trzech wysp, połączonych ze sobą w jedną mierzeję naniesionymi przez prądy morskie osadami piachu. Tyle mówią przekazy historyczno-geograficzne. Na jego północno- zachodnim cyplu znajduje się niewielki port schronienia Darßer Ort Hafen, baza dla jednostki SAR, czyli DGzRS(Deutsche Gesellschaft zur Rettung Schiffbrüchiger). Do portu prowadzi wąskie i płytkie wejście. Nie ma tam żadnych możliwości zaopatrzenia, a cała infrastruktura to pomost i przenośna toaleta typu toy-toy, ale czysta!!!
Na pomoście zastaliśmy zakutaną w jakieś stare szmaty bezdomną, śpiącą na szczerych deskach.
Na kolację smażony dorszyk i „kapeczka” Jasia Wędrowniczka dla smaczku, bo dorszyk tłuściutki.
Wiatr powoli się wzmagał, zanosiło się na zmianę pogody.
Etap #4: Darßer Ort - Sportschule Yachthafen Warnemünde
Czwartek, 09.09
Deszcz i wiatr północno-wschodni, 4-5, zimno. Wypłynęliśmy o 6 rano „ ciężko było wstać” jak to śpiewa Jurek Porębski; część załogi jeszcze smacznie spała. Aby opłynąć mieliznę ciągnącą się na N musieliśmy wyjść dalej w morze. Po obejściu zbawiennych kardynałek ruszyliśmy w dół, czyli na SSE do Warnemünde. Mijały nas promy do Skandynawii i okręty Küstenwache, które zdawało się, że płyną w dryfie – ot, po prostu byli na służbie patrolowej...
Falki całkiem spore i deszczyk, też całkiem spory. Bogdan- nasz jedyny nowy załogant trochę „przychorował” i kimał w swojej koi. Kaktus, jak zwykle, słuchał audiobooka, a Maruda cały czas majstrował przy GPS-ie.
Ale, ale ... Byłbym zapomniał ! Wybrańcom ( mnie i Robertowi ) udało się dostrzec trzy grzbiety morświnów płynących naszym kilwaterem. Niezwykłe, czarne stwory wyłaniające się spośród fal- to niecodzienny widok na Bałtyku!
Zacumowaliśmy bez problemów w Sportschule Yachthafen Warnemünde ( polecam ). Szybki gorący prysznic i w miasto.
Jest coś w niemieckich portach, do czego zawsze tęsknimy, a czego nie ma na naszym wybrzeżu- to Fischbrötchen. Chrupiące, ciepłe bułeczki z rozmaitymi rodzajami ryby. Mniam, mniam - niebo w gębie.
Piątek,10.09
Uciechy portowe, wyprawa pociągiem do Rostocku ( kiedy ostatni raz jechaliście czyściutkim „piętruskiem”? ). A w ogóle pociągi i dworce kolejowe to konik Marudy- owego dnia był cósik, dziwnie i nienaturalnie, zadowolony z życia.
Po powrocie do portu w Warnemünde "oczom naszym ukazał się las..."
...masztów. Trafiliśmy akurat na regaty 420-tek juniorów. Cała "rzesza" pięknej, niemieckiej młodzieży.
Etap #5: Warnemünde - Westhafen Wismar
Sobota, 11.09
-Florys, ale ty w nocy chrapiesz!- rzucił przed śniadaniem Maruda.
-Co...,to nie ja. -odpowiedziałem - Spałem jak zabity i niczego nie słyszałem. To pewnie Ricky "strzelił sobie" wieczorem dwa piwka a potem leżał na plecach i chrapał.
-E, to nie ja...- oponował Ricky- To Robert z Kaktusem, na dziobie ...
-Tak, tak, to na pewno oni, spać przez to chrapanie nie mogłem.- dorzucił swoje trzy grosze Bogdan.
-To nie my!!!- odgryzali się oskarżeni z dziobówki- To chrapał Maruda!...
Żegluga pod wiatr, cały dzień halsowania. Zdążyło się ściemnić nim wpłynęliśmy na wody Wismarbucht. Przy sączących się z kubryku dźwiękach piosenki YASMIN LEVY- "Intentalo Encontrar" sunęliśmy poprzez rozległą zatokę, usianą licznymi mieliznami. Noc ciemna, "że oko wykol", ale jak to mówią: -"Gdy się ściemni, to się rozjaśni".
I faktycznie, dzięki doskonałemu oznakowaniu toru wodnego dotarliśmy, jak po sznurku, do Westhafen w Wismarze.
-Hello, would you like to the "GENTELMEN"?- zaczepiła nas jakaś kobieta, wychodząca z Klubhaus'u, cała zawinięta w ręcznik i z turbanem na głowie.
-Pardon, że co?!..."Za kogo ona nas ma?! My raczej preferować płeć piękną."
- Well, you know... Ja wam pożyczyć mój klucz do toaleta, bo bosman wszystko pozamykać i już pójść do domu. My tu cumować z mężem na tamtym jachcie.
-O.K. Thanks.- kamień spadł nam z serca.
Etap #6: Wismar - Timmendorf ( wyspa Poel )
Niedziela, 12.09
Hafenmeister zjawił się rano i cichcem, nic nikomu nie mówiąc, zdjął zielony szyld, wiszący przy naszym jachcie, a oznaczający wolne miejsce do cumowania. Potem darł się ze swojej budy, że to jest "Platz" zarezerwowany dla NIEMIECKIEGO jachtu, który tu zaraz przypłynie i że mamy się "SOFORT" przestawić. Tymczasem zdążyliśmy jeszcze spokojnie zwiedzić starówkę i przekąsić "małe co nieco" i aż do chwili naszego wypłynięcia w południe nie zmaterializował się przy kei żaden NIEMIECKI jacht. No cóż- takie tam, widać, panują gościnne zwyczaje.
-E, to wszystko bez sensu-zamamrotał Maruda.
Z braku wiatru całe popołudnie kotwiczyliśmy na zatoce, oddając się słodkiemu lenistwu. Wieczorem wpłynęliśmy do Timmendorf na wyspie Poel. Port mały i zaciszny, miejsce stacjonowania Lotse- tzn. PILOTA, przeprowadzającego statki do Wismaru.
Oj, długo w noc tam sobie posiedzieliśmy, rozmawiając przy gorzałce.
Etap #7: Timmendorf - Gedser Lystbådehavn ( wyspa Falster)
Poniedziałek, 13.09
-Ooo, świetnie, że wieje z SW- powiedział Robert, wyglądając przez forklapę. -Całkiem odwrotnie niż w prognozach; przygotować się do odejścia! Dzisiaj popłyniemy do Danii. Śniadanie po drodze.
Bardzo się ucieszyliśmy. Tylko Maruda, nic nie mówiąc, znowu majstrował, przy GPS-ie."On już tam kiedyś był i wszystko widział."
Opuściliśmy gościnny port i praktycznie jednym halsem pożeglowaliśmy na wyspę Falster. Widoczność doskonała, warunki pogodowe idealne.
I jeszcze ta cudowna, czarna kawa z ekspresu Bogdana.
" Carpe diem"- jak mawiał poeta Horacy.
Na obiad zjedliśmy "bociana", taką długą rybę z charakterystycznym pyskiem w kształcie dzioba. Potem chłopaki robili sobie zdjęcia" dla kolegów z pracy"; a to przy sterze, a to znów przy wantach i na tle farmy wiatrakowej, żeby tylko" tamci" zzielenieli z zazdrości. Pod wieczór dotarliśmy do Gedser, małej mieściny leżącej na najdalej na Południe wysuniętym przylądku Danii.
Aby wejść do portu jachtowego trzeba opłynąć wielką mieliznę, a potem- zmierzyć się z silnym prądem.
Miasteczko całkiem jak wymarłe, tylko jakiś pijany marynarz zmagał się ze swoją ogromną torbą, próbując zataszczyć ją na prom. Torba wygrała - marynarz „poległ” na chodniku.
W pobliżu portu natknęliśmy się na jeszcze otwartą "Toldcaféen"- kawiarnię ze śliczną barmanką za kontuarem. I nagle żal się nam jakoś zrobiło, że pora nam już wracać do domów i że urlop pomału się kończy.
Prognoza pogody sprawdzona w necie nie napawała optymizmem. Dla uzupełnienia: komputer u bosmana- gumowana klawiatura na zewnątrz, monitor za szybą.
Etap #8: Gedser Lystbådehavn - Citymarina Stralsund
Wtorek, 14.09
A jednak… od rana lało. Wygwizdów był taki, że głowę z płucami chciało urwać; gdzie się podziała ta cała sielanka? Na dodatek Kaktus musiał wracać na sobotę do pracy i już kombinował, żeby może popłynąć promem do Rostocku, a potem pociągiem do Polski. Maruda jęczał, że "to wszystko bez sensu", że "po cośmy do tej Danii w ogóle płynęli", a Bogdan znowu zalegał w swojej koi zakopany po czubek głowy w swoim śpiworze. Miecz cały czas napier... tłukąc się w skrzynce mieczowej i odbijając się echem wewnątrz mojej czaszki.
W góóórę i w dóóół i z leeewa na praaawo. Na dodatek te spaliny błeeeeee... Nie wiem jak u was z chorobą morską, ale ja niestety choruję. Pierwszy raz zostałem "PREZESEM' na "Zawiszy Czarnym", bodajże, w październiku '83 - nie zdążyliśmy nawet dopłynąć z Gdyni do Helu, a ja już "wisiałem" na relingu. Przez ostatnie kilka lat udawało mi się utrzymać "stuff" za zębami, ale tym razem "pojechałem do Rygi" na całego. Trzeba było widzieć przerażenie Ricky`ego zakutanego na zawietrznej, kiedy rzuciłem mu się przez nogi z pięknym panoramicznym pawiem- widok musiał być dla innych "bezcenny". Potem zsunąłem się śmiertelnie chory do kabiny i zwaliłem się w mokrym sztormiaku do koi. Błeeee..."Już nigdy więcej nie popłynę na morze, chcę umrzeć"- tłukło mi się po głowie. Nagle Kaktus ściągnął ze mnie spodnie-ogrodniczki i sam się w nie ubrał.
-Idę posterować-powiedział- to wyzwanie dla prawdziwych mężczyzn.
I sterował na silniku i zarefowanym foku, wykręcając zaledwie 1,2 węzła.
W końcu Robert nie wytrzymał:
-"Woda się mię gotuje, głowa mię boli, włosy mi rosną" - "poleciał Bareją" i sam się zabrał za sterowanie. Log od razu podskoczył do 4-5 węzłów, co było istotne ze względu na konieczność szybkiego przepłynięcia w poprzek szlaku żeglugowego do Kilonii.
Dopiero, gdy schowaliśmy się za południowy cypel Hiddensee wygrzebałem się na pokład.
-Czego ta echosonda tak piszczy?- zapytałem.
-Tu trzeba bardzo uważać, nagle może się zrobić bardzo płytko- odpowiedział sternik- nastawiłem alarm na 180 cm.
Nawigacja ściśle po bojach.
Wieczorem w Stralsundzie, suszyliśmy nasze ciuchy, porozwieszane po całej kabinie, rozgrzewając się w tej włoskiej scenerii herbatą z rumem.
Etap #9: Citymarina Stralsund - Wolgast - przystań klubowa
Środa, 15.09
Zaopatrzeni w świeże pieczywo wypłynęliśmy, żeby zdążyć na otwarcie mostu zwodzonego. Po drodze, już na wodzie, śniadanko z obowiązkowa kawą a’la Boguś i ani się obejrzeliśmy jak dotarliśmy na Greiswalderboden. Jazda gładka i szybka, wiało 4-ką z West-u, prosto w plecy, zimno.
-Staniemy na chwile w Peenemünde na wyspie Usedom-zadecydował nasz kapitan- niech chłopaki zwiedzą sobie okręt podwodny i muzeum. Mamy duży zapas czasu, bo szybko przelecieliśmy Zatokę.
-E, tam to ja już byłem, bez sensu marnować czas w tej dziurze...-odezwał się z kabiny Maruda.
"Czekaj ty malkontencie, już ja ci jakiś numer wkręcę"- pomyślałem. Niebawem nadarzyła się doskonała okazja. Przejście z portu jachtowego przegrodzone było bramą. Wystarczyło tylko, żebym chwycił za klamkę i zrezygnowanym głosem, z pokerową miną, powiedział, że furtka jest zamknięta, a już Maruda z Kaktusem zaczęli się gramolić górą. Istny majstersztyk !
Po zwiedzaniu ruszyliśmy nurtem Peene do Wolgastu. Kaktus pozostał na wachcie a reszta załogi rozkoszowała się sjestą w swoich kojach.
Nagle, przerażające:
- Człooowiek za burtą!!! zmusiło nas do błyskawicznego wyskoczenia do kokpitu.
- Czego się drzesz!!!-rzucił zdenerwowany Robert-Topi się ktoś?!
- Ach, nie...- odparł skruszony Kaktus- Czapka mi wypadła za burtę; pamiątkowa, ze zlotu starych żaglowców w Szczecinie.
Czapki niestety nie dało się uratować, wolała utonąć - niech spoczywa w pokoju...
We Wolgaście dobiliśmy do pomostu mariny klubu żeglarskiego. Bosmana ani widu, ani słychu- poszliśmy więc pozwiedzać miasteczko.
Etap #10: Wolgast - Klub Jachtowy Ueckermünde e.V
Czwartek, 16.09
-Bogdan, co ty kombinujesz w tej umywalni?- zapytałem, widząc go jak na czworakach, pod zlewem ogląda coś z wielkim zainteresowaniem.
-Aa nic, nic...Tak tylko patrzę czy nie dałoby się tu podłączyć jakiegoś węża, żeby dociągnąć go do kabiny prysznicowej...
-?!...
Płynęliśmy na żaglach, a potem na silniku idealnie pod wiatr, żeby zdążyć na otwarcie Zecheriner Brücke. Maruda sterował jak pijany zając: to w lewo, to znów w prawo... Spaliny wpadały do kabiny przyprawiając mnie o mdłości. Bueeeeeee...Doszedłem do siebie dopiero, gdy sam przejąłem stery, siedząc tylko w rozchełstanym sweterku, wystawiony na podmuchy silnego, zimnego wiatru i popijając gorący bulion "z papierka". Tak, tego mi było trzeba.
Na chwilę zawinęliśmy do przystani w Karninie, żeby obejrzeć dawną stację kolejową i pokrzepić się wędzonym węgorzem, a następnie ruszyliśmy do ujścia rzeki Uecker. W miasteczku Ueckermünde "puściliśmy ostatnie euro w ruch", a szczególnie blaszane drobne. Trzeba wszak przywieźć do domu jakieś souvenir'y. No i na koniec jeszcze wieczorek pożegnalny, bo czas nam było do domu.
-E, to bez sensu, nie chce mi się wracać...- zagaił Maruda.
-Tak, masz rację, stary...- odpowiedzieliśmy zgodnym chórem.- To bez sensu, że człowiek tyra cały rok jak wół, robi coś, co nie koniecznie lubi, a potem te dwa tygodnie na żaglach mijają jak "z bicza strzelił…".
- Ech, szkoda gadać-westchnął nasz kapitan- Polejcie no tam który następną kolejkę.
Etap #11: Ueckermünde - Nowe Warpno
Piątek, 17.09
Powrót.
" Nieważne, napijmy się..."
PS. Maruda pojechał do domu z piękna, dwuręczną cegiełką w torbie (ca.3 kg ) - ot, tak na pamiątkę od nas. Istny "Backsteingotik"- zabytek kolekcjonerski.
Za rok płyniemy do Szwecji.
Komentarze użytkowników : 4
16.11.2010 11:35, Gandalf
Znaczy Maruda minerałki zbiera ?
Yasmine Levy Intentalo Encontrar
18.11.2010 18:35, Florys
http://www.youtube.com/watch?v=pRfCFOnQH7s
26.11.2010 13:01, inada
Łomatko!!! No to się tam działo ( i marudziło!) podczas tego rejsu. Że o "uciechach portowych" nie wspomnę... I tyle tej wody wszędzie!
29.11.2010 20:53, rob.sail
co się miało dziać? po prostu męski rejsik "lightowy", jak to między kumplami... I nie trzeba pływać po oceanach, żeby spędzić przyjemnie czas, ale żadna kobieta tego nie pojmie....
Komentarzy : 4
Copyright © 2009 wodniacy.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.