| Autor : | Miniu |
| Data dodania : | 31.10.2010 |
| Data aktualizacji : | 11.11.2010 |
| Czas trwania : | Od 19.07.2010 do 28.07.2010 |
| Trasa rejsu : | Wielka Brytania (Szkocja) |
| Tagi : | Hebrydy, Islay, kanał Kaledoński, Laphroaig, Mull of Kintyre, single malt, Szkocja |
Etap #1: Port Edgar - Aberdeen
Zaczęło sie w poniedziałek, 19 lipca...
Doleciałem do Edynburga łatwo i wygodnie, teraz tylko znaleźć port Edgar. Choć prawie wszystko było na lotnisku pozamykane, a na stojakach brakowało - oczywiście - tylko planu miasta, jakoś znalazłem, dzięki uprzejmości Angielki przy autobusach, właściwy przystanek, a wkrótce, po przyjaznej i lekko dowcipnej rozmowie z kierowcą oraz spotkaniu żeglarza jadącego na ten sam rejs, który skrócił mentorski popis pana kierowcy stwierdzeniem: "the same ticket", a także pomocy dwójki Anglików, siedzących za nami w autobusie, którzy udzielili nam dalszych wskazówek, poprzedzonych pięknym: "Przepraszam, ale czy jedziecie może do... ? Bo należy wysiąść tu, a potem..." itd. I jak tu można mówić o angielskim "chłodzie międzyludzkim"?
Port jest położony zaraz za słynnym z widokówek mostu u nasady Firth of Forth, ogólnie namiar mamy, więc trudno zbłądzić, co nie znaczy, że nie trzeba się trochę pokręcić. Tu też pomógł nam uprzejmy tubylec. W ogóle podczas całej naszej wyprawy ludzie chętnie nam pomagali informacją, a jedyną trudnością bywało jedynie znalezienie jakiejś "żywej duszy". Chłodne podejście Anglików trzeba zdecydowanie zweryfikować.
Na jachcie powitał nas miło jedynie skipper, reszta poszła już spać. Ponieważ pozostała już tylko jedna kabina do wzięcia, więc nie było rozterek, co do miejsca spania i tak stworzyliśmy, razem z pierwszym poznanym załogantem, IV wachtę.
Wtorek, 20 lipca
Port Edgar jest ok. Jedynie przy pomoście od strony lądu, podczas niskiej wody, można trochę zagrzebać się w mule, więc lepiej wychodzić, gdy woda choć trochę się podniesie.
Jacht. Delphia 47 o nazwie tyleż wdzięcznej - "Jam Session", co praktycznej; ciekawi mnie, co odczuwa jakiś niepolski bosman słysząc szelest "Zawisza Czarny" albo "Dar Szczecina".
Sam jacht to 14 metrów po pokładzie. Dwie kabiny rufowe, półtorej kabiny w kierunku dziobu za mesą (półtorej, bo jedna miała ściankę i drzwi, i to była nasza kabina, a po lewo były dwie koje w korytarzyku, bez ścianki), a na dziobie jedna, teoretycznie podwójna kabina, okupowana przez skippera.
Kil z bulbem był wydłużony w tym modelu, co dawało mniejsze zanurzenie, chyba 1.80 m, co dawało parę centymetrów luzu przy dojściach, a jacht i tak był dzielny. Wyposażenie - świetne. Żeby ominąć "pierdoły": chartplotter, radar, autopilot, lodówka całkiem pojemna, devasto, 4 zbiorniki wody, dwa na fekalia, dwie łazienki (prawoburtowa z prysznicem), ponton z silnikiem, laptop nawigacyjny, ale nie tylko. Zresztą, dlaczego pomijać "pierdoły"? Komplet map papierowych, locje, szpycbuda, bimini... i chyba nie odkryłem do końca wszystkich drobiazgów, które mogłyby być przydatne.
Firth of Forth, którędy wyjeżdżamy na morze, jest "gardłem" siedzącego smoka, jak zawsze kojarzyło mi się patrząc na mapę Wielkiej Brytanii. W każdym razie jest to wejście do Edynburga, czyli stolicy Szkocji. Ruch jest, ale miejsca też dużo, więc żegluga jest miła i bezpieczna. Są foki, sympatyczne grubaski, są i meduzy. Meduzy mogą oparzyć - chyba tylko nasze bałtyckie chełbie są takie przymilaste, a i foka może ugryźć. Bez urojonych lęków, ale każdy ma prawo do prywatności. "My home is my castle", jeśli nawet jest to tylko wynajęta boja.
Naszym celem jest wejście do kanału Kaledońskiego, czyli Moray Firth. Po drodze chcemy gdzieś stanąć. I tu okazuje się, że wybór nie jest łatwy. Słynne z szanty Dundee jest portem osuchowym, więc dla nas odpada. Peterhead jest ok, ale to super mała mieścina. Największym portem po drodze jest Aberdeen, ale tu nie ma mariny. Jednak wejść można, po uzyskaniu zgody bosmanatu. Wchodzimy więc, przepuszczając kilka statków. W tym czasie pogoda się stabilizuje, czyli nie tak często oglądane w Szkocji zjawisko, jak Słońce, zamienia się w opad ciągły. Podejście jest proste. W środkowym basenie, na końcu, jest pontoon (czyli pływający pomost), okupowany przez kilka małych rybaków. Na końcu pomostu jest jeden jacht holenderski. Stajemy przy jego burcie. Jesteśmy w Aberdeen koło 6-tej rano.
Aberdeen.
Nawet przewodniki nie silą się na opis piękna tego miejsca. Zwane "granitowym miastem" w rzeczy samej składa się z kamiennych budowli i innych, też z szarego lub ziemistego kamienia (mają tu, skubańcy, kamieniołomy granitu). Do tego deszcz jest tu stałym bywalcem, więc można przyjąć to jako normę raczej. Zlany deszczem granit wszędzie. Choć mój nastrój nie był zły, to chyba jest to najbrzydsze miasto, jakie widziałem w życiu. Rodzima Łódź zdaje się być, w porównaniu, jakimś dzikim Las Vegas.
Ale tu ludzie pracują przede wszystkim, rozrywka później. Port rybacki oraz port dla obsługi przemysłu naftowego. Znalezienie toalety, początkowo trudne - hmm... Bardzo prosto! Widać wejście jak na dłoni. Na końcu basenu jest duża hala do przerobu złowionej ryby. Po prawo odsuwane drzwi. Korytarzem prosto, do końca, i już po prawej mamy toaletę. Obok, w hali, przetwarzają połów, więc zapach ryb jest naturalny. Są umywalki, są trzy kabiny. Generalnie jest to toaleta przy hali produkcyjnej, więc nie spodziewajmy się tutaj klinicznie czystych kafelków, pachnących mydełek i innych wytworów ludzkiej próżności. Prysznic - raczej outside (ciągle pada...).
Idziemy w miasto. Jakbyś ogonka nie obrócił, wszędzie kamień. Jest pub. W kościele. Trochę to smutne, choć właściciel chyba się stara. Wejście do toalety jest za drzwiami udającymi regały z książkami. Piwo jest lekkie (gdzie te legendy o mocnym piwie angielskim typu "ale"?) koleżanka dostaje "fish and chips", choć chyba trochę lepsze. Oni z ryb potrafią wykrzesać cuda - podejrzewam, że nawet golonkę z kością daliby radę zrobić.
Dziewczyny znajdują jakiś fajny sklep i uzupełniają nasze zapasy, tudzież odzież żeglarską, i to całkiem niedrogo. Trochę się pokręcić i można znaleźć wszystko.
Jest tu też muzeum morskie, opisujące pracę na morzu. Wejście jest bezpłatne. Muzeum jest ładne, naprawdę się starają. To, że może trochę za mało żeglarstwa - trudno. Tu żyje się z morza, a komu potrzebne wspomnienia o starych, niekoniecznie dobrych czasach pracy na żaglowcach? Choć modele są i miło popatrzeć. A obok zachowany zestaw lekarza. Byli lekarze na tych starych okrętach i niekoniecznie od razu chcieli uciąć to, co jest niesprawne. Jednak widzimy zestaw leków do pomocy człowiekowi. Może było ciężko, ale jednak ktoś myślał o drugim człowieku.
Robimy obiad: słynne "kulki mocy", czyli małe pulpety w sosie - są podstawą dania.
Etap #2: Aberdeen - Inverness
I wychodzimy w morze.
Port Aberdeen jest dobrze chroniony i dopiero za główkami orientuję się, że zaczęło mocno wiać. Skipper ma filozofię, że nie ma sensu sprawdzania pogody przed wyjściem z portu. Pogoda będzie taka, jaka będzie w chwili wyjścia. I coś w tym jest. To tak jak czytanie prasy codziennej, słuchanie wiadomości w radiu czy telewizji: ciągle nieszczęścia, wypadki, tragedie. Lepiej w ogóle nie wychodzić z domu. "Bad news is a good news". A potem wychodzimy z domu, z portu i wracamy - (czasami do innego portu, czasami do innego domu) - i nic. Nie było łatwo: były schody; było za ciepło albo za zimno; czegoś nie było w naszym sklepie i trzeba było pójść kawałek dalej; może mocno wiało; może wiatr był nie z tego kierunku. Ale żyjemy i nawet cieszymy się, że coś udało się pokonać.
Skipper był chyba jednak "na fali". Taka zresztą była prognoza pogody: wyż z zachodu, a tuż zaraz za nim niż. Wieje mocno? To trzeba się trzymać. W przenośni i dosłownie. Stawiamy żagle i jedziemy pod górę, czyli na północ. Kłuje siódemka i fale są adekwatne. "Rozbiera" prawie każdego, ale nie ma na pokładzie jęków i narzekań. Skipper miał kabinę w samym dziobie, więc jego trzęsło najbardziej. W pewnym momencie wyskoczył na pokład sprawdzić sytuację, a przy okazji oddał Neptunowi, co jego, i potem miał spokój. Tu chyba nie ma mocnych, są tylko źle trafieni, jak mawiał mistrz Kulej. Mam "coś" nad żołądkiem, ale nie chce się przesunąć ani w przód, ani w tył. Siedzę w mesie, czasami wychodzę na zewnątrz. Chciałem trochę się zdrzemnąć, ale otwarłem drzwi od mojej kajuty, popatrzyłem przez chwilę i je zamknąłem. Ta mała przestrzeń, za oknem przelewają się stalowoszare fale (miałem górną koję), co jakiś czas następuje większa fala i wtedy okno jest pod wodą z dodatkowymi efektami dźwiękowymi, a luk górny oczywiście zamknięty (byłoby mało rozsądnie mieć go otwartym), więc powietrza trochę mało. Spędzam więc czas pomiędzy mesą a kokpitem, na szczęście chronionym owiewką, nazywaną często szprycbudą. W końcu składam trochę na siłę mały "hołd dla Neptuna" i jest lepiej, a potem siadam do steru - i wszystko przechodzi. To też porada skippera. Jak cię "muli" - wsiądź za ster. To mobilizuje, drobiazgi schodzą same na drugi plan. Tym bardziej, że po wejściu za ster z reguły trzeba zebrać co najmniej jedną szprycę na twarz, u mnie dodatkowo za kołnierz i rękaw, co ożywia niewątpliwie, zanim złapie się rytm i uruchomi instynkt samozachowawczy. Ale frajda - wielka! Statki i okręty pływają wokół, ale miejsca jest dużo, a mając jeszcze chartplotter przy sterze, żegluje się bezpiecznie.
Na koniec wachty pojawia się jednak problem snu. Chociaż na trochę warto w końcu przyłożyć głowę do poduszki. Jest zmęczenie, ale w przypadku, eufemistycznie mówiąc - awarii żołądka, trudno wyobrazić sobie szybkie przemieszczenie się do miejsc bezpiecznej utylizacji. Niezbędny w takich warunkach fartuch sztormowy przy koi raczej nie ułatwiłby ewakuacji. W końcu, po małej burzy, tym razem mózgów, bierzemy do poduszki worki do śmieci i - tuląc jak ulubionego, starego misia - zasypiamy bezpiecznie i spokojnie :-).
Nie mogę się jednak oprzeć pewnym uwagom. Choć jacht jest naprawdę dzielny i dobry w prowadzeniu w ciężkich warunkach, czemu nie ma tramwajowych poręczy w mesie? Brak wyprofilowanego pokładu przy sterze sprawiał, że aby stać przy nim dłużej niż 10 minut i nie opaść z sił należało zawisnąć na szelkach. A brak oparcia pod nogami w kąciku nawigacyjnym (choćby próg, na którym można oprzeć choćby jedną nogę) sprawiał, że ludzie fruwali na drugą burtę. Dosłownie. Czego byłem świadkiem bezpośrednim dwa razy. Ale było ich więcej. Ja wiem, że latanie i żeglarstwo ma wiele wspólnych cech i stosuje się tu wiele podobnych rozwiązań; ale fruwanie w jachcie ma wymiar trochę inny. Podobnie jak skoki spadochronowe jachtem. Brzmi może fajnie, ale dopiero po fakcie i kiedy wszyscy żyją i się trzymają. Takich parę uchwytów więcej nie zmniejszy komfortu łódki, cena wzrośnie o parę - nawet nie procent, ale raczej promili - a wygoda duża. Tu akurat projektantem był pan Andrzej Skrzat, którego cenię za jego konstrukcje łódek, ale uwaga jest absolutnie nie tylko do niego.
Czwartek, 22 lipca
W końcu przychodzi blask słońca. Niż odchodzi raczyć innych swoimi urokami. Piękna żegluga w dobrym wietrze i przy słońcu, pojawia się tam jednak i nie jest tak bardzo okropnie, jak czasami opisuję. A my wchodzimy do "paszczy smoka" (to ciągle moje wyobrażenie Brytanii, jako siedzącego smoka). Zresztą "to coś" nie ma nazwy. Dopiero później, jak paszcza się zwęża, są nazwy, np. Dornoch Firth lub Moray Firth, do której dążymy. "Paszcza" jest długa, więc dojechanie do wejścia kanału trochę zajmuje czasu. Kolejna noc. Trochę jasna, trochę mglista. Ale, co dziwne, widoczność bardzo dobra. W ogóle w Szkocji zauważyłem zjawisko atmosferyczne trochę dziwne. Coś więcej niż u nas mgła, a coś mniej niż lekki deszcz. Widać przez "to" bardzo dobrze, ale moknie sie strasznie. Nie założyłem sztormiaka na wachtę (a co mi jakaś tam mgła!), a potem suszyłem kurtkę przez dwa dni.
Na koniec, po mokrej wachcie, spać. Z miłym szumem morza koło ucha.
I tak dojechałem do Inverness, do którego mariny nawet nie zawinęliśmy. Szkoda było czasu na niepotrzebny postój w mieście, kiedy słońce świeci i zachęca do podróży.
Etap #3: Inverness - Loch Ness
Piątek, 23 lipca
Obudziłem się przy pierwszej śluzie. Słońce, rześko, ładne widoki wokół. Chce się żyć!
Na początek: dwie śluzy i jedna poczwórna. W sumie ma ich być 29. Przejście poczwórnej zajęło nam około 1,5 godziny. Śluzy działają od 8 do 18, więc w jedną dobę raczej nie do zrobienia. I dobrze. Zachwyćmy się szkockimi jeziorami. W trakcie jest pora na obiad. Wtedy druga wachta była kambuźniczą - i klękajcie narody! Po takim przeżyciu nic nie było już takie, jak przedtem. Okazało się, że na jachcie też można rozkoszować się kuchnią, choć kulki mocy ciągle pozostawały w odwodzie na ciężkie czasy. Potem jeszcze jedna śluza - i jesteśmy na Loch Ness.
37 km długości i ca 1,5 km szerokości, czyli trochę mniejsze od zalewu włocławskiego, jeśli ktoś wie, o czym mówię. Ale fajne bardzo. Halsówka pod wiatr jest piękna. Wokół góry i lasy. A zwroty robimy jak log wykazuje 60 metrów głębokości. Niektóre izobaty mówiące o 50 m kończą się w lesie na brzegu! A na środku głębokości są w granicach 200 metrów a nawet większe. Co prawda sonda wtedy wariuje i pokazuje jakieś bzdurne wartości, np. 9 m, co czasami budzi lęk, ale wkrótce panika na pokładzie zostaje opanowana. Generalnie: diabelnie głęboko i potwór ma się gdzie schronić. I niech tak zostanie. Niech żyje sobie spokojnie, jak miejscowi pasterze czy letnicy; niech pozostaną takie miejsca, których nie nawiedzają tłumy ludzi szukających nie wiadomo czego. A potwora można znaleźć wszędzie: na swojej ulicy, w swoim domu... W sobie w końcu też.
Mniej więcej w połowie Loch Ness, po prawej burcie, jest zatoczka. Trudno ją przeoczyć, bo przy niej stoi zamek Urquhart. Mam podejrzenia, graniczące z pewnością, że twórcy Shreka stąd wzięli nazwę zamku złego księcia.
Po drugiej stronie zatoki, w głębi, jest port. Maleńki, ale bardzo miły. Nazywa się Loch Ness. Boje podejściowe są wyraźne, a, choć w porcie stoją same motorshipy, pod naszym kilem pozostaje jeszcze luz. Mieliśmy sprawdzić sondą ze sznurka dokładną głębokość, ale jakoś zabrakło impulsu. Trudno. Ostrożność przy podchodzeniu zawsze wskazana. Port jest cichy i miły, jest prąd i woda, nie ma natomiast toalety ani nawet sławojki. A wejście w krzaki odgrodzone siatką. Jest natomiast ogłoszenie, że gdybyśmy chcieli wpaść do pobliskiego hotelu, wystarczy zadzwonić pod wskazany telefon i transport gratis. Podejrzewamy tu spisek, ale trochę brakuje nam czasu na badanie. W końcu mamy nasze magiczne zbiorniki na nieczystości, a zaraz obok jest uroczy zamek.
Wyprawa pontonem - zamiast okrążać zatokę - jest fajna i szybka, a zamek Urquhart - urokliwy. Choć burzony i odnawiany wiele razy, a obecnie trochę nawet za śliczny, jak na autentyk (cokolwiek miałoby to znaczyć), jednak czuje się tu wiatr historii. Trochę bawimy się katapultą, ale tak pięknego zamku burzyć nie chcemy. Zresztą, katapulta jest ustawiona trochę nie po linii strzału. Może ewentualnie kogoś z załogi - gdyby był wyjątkowo dokuczliwy - udałoby się odprawić daleko? Jednak wymagałoby to współdziałania paru ciężkich ludzi. Do przemyślenia.
Etap #4: Loch Ness - Cullochy
Sobota, 24 lipca
Wychodzimy rankiem w dalszą podróż. Żegnają się z nami lokalne i bardzo przyjazne kaczki.
I znów piękna halsówka, i góry wokół.
Jest tu po drodze miejsce, nazwane Muzeum 100 whisky, blisko brzegu, ale podejścia są mało pewne, więc idziemy dzielnie dalej, smutnie wodząc oczami za naszą niespełnioną ciągle ciągotą. Ta chęć dotarcia do Źródła będzie nas prześladować jeszcze długo. Ale to chyba tak jest: zbyt silne pragnienia mogą być przeszkodą na drodze do marzeń.
Wyjście z Loch Ness kończy się w Fort Augustus, gdzie jest pięć śluz, jedna za drugą, a na brzegu dużo turystów, gdyż tu zaczyna się gros wycieczek na jezioro. Twarze białe, żółte, ciemne... zielonych nie ma, i może dobrze. Nawet są w końcu Szkoci w kiltach. Kanał Kaledoński jest dla turystów, ale, na szczęście, nie czuje się tu atmosfery jarmarku. Śluzujemy się sprawnie, jedząc nawet w trakcie śluzowania obiad. Potem, za śluzami, stajemy przy kei, spragnieni namiastki miasta i zakupów. Wycieczka trwa pół godziny, jednak będzie to brzemienne w skutkach. Kolejna śluza, z miłą starszą panią Lindą Moore, mija gładko, ale pani mówi, że drugiej śluzy już chyba dziś nie zrobimy. I tak się staje. Mina kolejnego śluzowego zmiękcza serce naszego skippera (jest za 10 szósta) i zostajemy uwięzieni w Cullochy, czyli w krainie Nigdzie-Nigdzie. Ale dusza Jasia Wędrowniczka jest w nas, więc ruszamy na upojny wieczór, choć najbliższe osiedla ludzkie w sumie liczą mnie ludzi, niż mój blok i są rozrzucone na powierzchni większej, niż moje miasto.
Droga kieruje nas przez las, jest pięknie, potem trochę szosą i znajdujemy miły hotelik z knajpką. Na początku stoimy przy małym stoliku - bo któż mógłby spodziewać się tu aż takiej ilości ludzi (9 osób w końcu!) - ale znajduje się dla nas większy stół plus dostawka i siedzimy razem. Obsługuje nas bardzo miła dziewczyna - założę się, że ruda, tylko, nie wiedzieć czemu, ufarbowana na czarno - ale jest nadzwyczaj miła, a wręcz przyjacielska. Zakątek świata, w którym warto było być. Na powrót zamawiamy taxi, i jest znów uprzejmie i miło i z humorem (oczywiście chciałem usiąść po prawej stronie, jako pasażer, ale przecież tam siedzi kierowca).
Etap #5: Cullochy - Fort William
Niedziela, 25 lipca
Kolejne jezioro w górach- Loch Oich. Przepływamy obok miejsc, w których byliśmy wczoraj pieszo. Trochę prześliśmy, trzeba przyznać, zresztą niektórzy cierpieli od wędrówki. Tylko na wędrówki w górach stosuje się inne buty, niż na jachcie. Jak jest ciepło, to sandały są są super. To, obok czego biesiadowaliśmy wczoraj, nazywa się Glengarry. Jakiś zagubiony w świecie skrawek ziemi. A potem znajdujesz tę nazwę na mapach świata, w nazwach filmów, itd. Na mapie Szkocji znajdziemy wiele nazw, które można znaleźć na mapach całej kuli ziemskiej. Coś mówią, choćby to, że pewnie wielu z nich było ciekawych świata, a nawet, że go trochę oswoili po swojemu. Czyżby nie lubili swoich kamiennych wysp, deszczu i mgły i whisky? A może raczej zachowali, wbrew nachalnym często naciskom swoich niby "cywilizowanych" sąsiadów, tą pierwotną energię do poznawania świata? Trochę jednak ten optymistyczny sposób myślenia może zburzyć fakt, że w XVIII wieku brytyjskie władze zesłały wielu powstańców jakobickich jako niewolników do Ameryki. Nawet teraz ponoć więcej ludzi mówi po gaelicku w Kanadzie, niż w rodzimej Szkocji. Coś, jak dla nas Sybir. Sam bym chętnie nosił kilt, w końcu to prawdziwi mężczyźni noszą kilty. Ale tu chyba nie wystarczy pójść do sklepy i kupić odpowiedni. Tu trzeba mieć odpowiednią tradycję. Od Loch Oich płyniemy już śluzami w dół. Potem jest kolejne jezioro - Loch Lochy (czyżby Jezioro Jeziorak?). I znów: jest ciepło, ale bez przesady, jak to bywa w Polsce; i góry, o które chętnie czochrają się chmury. Potem znów kanał; i domki do wynajęcia obok kanału; i ścieżka obok kanału; co chwilę pozdrawiamy jakichś turystów - pieszych, rowerowych, na kajakach. Na końcu kanału są Schody Neptuna, Osiem śluz połączonych jedna w jedną. Czyli wrota przednie jednej są tylnimi drugiej. Ale, dodatkowo, woda swobodnie przelewa się nad wrotami, tworząc kaskady. Zdjęcie nocne na okładce albumu z Kanału jest piękne, my jednak trafiamy tam tam, kiedy słońce znów skrywa się na dłużej w szarych chmurach, więc widok jest nie tak porywający. A, zaraz obok, widać już wody słone.
To miejsce to Fort William. Ostatnie wrota i jesteśmy na zewnątrz.
Etap #6: Fort William - Port Ellen
Mglisto - aż deszczowo - ale widać na ca 2 Mm. Jest piękny Księżyc, żegluje się miło.
Poniedziałek, 26 Lipca
Parę mil nad Jurą wpadamy w silne, zmienne prądy. Wrażenie doskonałe. Na chartplotterze nasza prędkość i jej kierunek co chwilę się zmienia, a tobie sie wydaje, ze płyniesz prosto i miło. Prądy tu, poza przesmykami, powstają na płyciznach. Tylko tu płycizna oznacza 40, 50 metrów. Bo wokół jest 100 i więcej metrów głębokości. Potem dochodzi dłuuuuga fala - płaska strasznie, ale tak ze sto metrów, to powiew z oceanu, tu morze łączy się z nim od zawsze. A potem ocean, stłoczony między wąskimi, skalistymi wyspami, które nie chcą ustąpić pod jego naporem, tworzy jedne z najsilniejszych prądów na ziemi. Coś tu jest na rzeczy z charakterem Szkotów.
Dalej już tylko zwykła nawigacja i patrzenie na prądy. Nasza łódź osiąga 5 węzłów na silniku, ale prądy potrafią być tu takie same, co do prędkości. Jak wejdziesz w złą dziurę (Jurę?), to wypluje cię, oby tylko na szeroką wodę. Ale jak się zgrasz - to jedziesz 9 węzłów przy wietrze delikatnym, jak dłonie kobiety. Szkoda, że nie poćwiczyliśmy tego dłużej. To tu jest Mekka żeglugi na pływach.
W końcu zbliżamy się do Port Ellen na wyspie Islay (wym. ajla). Zachmurzenie pełne, wiatr owszem, ale na razie nie pada. Spotykamy nawet dwa jachty na podejściu. Jednak nawet Anglicy chyba nie za często tu żeglują.
Do portu wchodzi się dobrze, z tym, że jest otwarty na morze i może trochę bujać. Ponieważ brakuje miejsc przy pontoon’ie, poza tym nasz jacht jest tu jednym z większych, stajemy przy pirsie w burtę z „Tenacity of Bolton” z Manchesteru, zresztą sami nam to zaproponowali ( patrz: początek rejsu i uwagi o Anglikach). Na pokładzie dużo młodzieży, jakoś nie ma problemu, że przez jakiś czas przechodzimy trochę często po ich pokładzie, a nawet ciągniemy węża z wodą; nawet nam pomagają! Jakby brakuje trochę tego swojskiego rozpychania się łokciami.
A potem, no cóż, ruszamy na poszukiwania naszego świętego Graala - czyli destylerni. Pierwsze podejście nie trafione. Ale, ponieważ udało się znaleźć człowieka, po chwili już mamy namiar i wspomnienie miłej pogawędki. Ruszamy przez pola (lasów tam nie ma) na spotkanie przygody. Drogą wijącą się wzdłuż wybrzeża, wśród pastwisk dla owiec i torfowisk, w końcu trafiamy do Laphroaig (wym. lefroig; znaczy: kotlina nad szeroką zatoką). Budynki tradycyjne, żadnego ohydnego szkła i aluminium. Po zebraniu grupy idziemy na wycieczkę.
Sekret whisky? Ależ skąd, wszystko jasne i proste. Najpierw wilgotne ziarna zboża wysypujemy na podłogę, żeby zakiełkowały, co jakiś czas jednak przerzucamy je łopatą, żeby nie zapleśniały. Potem wrzucamy je do zbiorników i suszymy, opalając oczywiście torfem (patrz wyżej: drzew tam nie ma). A potem, po ześrutowaniu, do kadzi, plus woda i gotujemy - o pardon - warzymy. Do tego momentu jest to to samo, co produkcja piwa. Potem filtrujemy i destylujemy. Kotły destylacyjne są z miedzi (koniecznie!), a od ich kształtu zależy smak whisky. Potem badania laboratoryjne, znów destylacja, itd. I ciągle zero komputerów, czy chyba elektroniki w ogóle. Na koniec zlewa się destylat do dębowych beczek, stawia pod chmurką i czeka - od 10 lat do nieskończoności. Ot - i cały sekret.
Na Islay jest chyba największe zagęszczenie destylarni na świecie, kawałek dalej jest Lagavulin, kolejna klasyczna whisky, plus siedem dalszych na całęj wyspie, uznanych na świecie. Ale to właśnie Laphroaig wybrał książę Karol, z pochodzenia Szkot, jako swoją ulubioną. I ponoć, jako jedyna, ma jego certyfikat.
Powrót do miasta zaostrza nam apetyt, więc wstępujemy do indyjskiej restauracji. Za oknem deszcz w końcu postanowił padać, a my rozprawiamy o wszystkim i o niczym, a potem pojawiają się wyborne dania kuchni indyjskiej.
Nie znam się na wypasie owiec, ale chyba bym się nauczył;. nie za ciepło może latem, ale i nie za zimno zimą; port obok; najlepsze whisky pod ręką; kuchnia indyjska pod ręką... Tu chyba można dobrze żyć, a Szkocja zdaje się być naprawdę wyludniona.
Na jachcie jeszcze próba owoców pracy ludzi z Laphroaig - i niebo jest tuż, w zasięgu ręki.
Etap #7: Port Ellen - Campbeltown
Wtorek, 27 Lipca
Bladym świtem ruszamy w drogę.
Po prawo jest już ocean, po lewo Mull of Kintyre, a przed nami Irlandia, wszystko na wyciągnięcie ręki. Te wody niosły wielu ludzi, nie zawsze nastawionych pokojowo.
Wychodzi słońce, a my okrążamy Mull of Kintyre. Robi się piękna, żeglarska pogoda, piękne widoki, do tego steruję przez dłuższy czas, więc radość wielka! Skipper pokazuje nam manewr monachijski z użyciem silnika, coś naprawdę genialnego w swojej prostocie. Inne sposoby podejścia do człowieka możemy schować sobie „na zaś”. Z silnikiem manewr jest precyzyjny diabelnie, ale i bez silnika, po krótkiej praktyce, jest bardzo skuteczny.
Wchodzimy do Campbeltown, trochę niepewni co do istnienia tutaj mariny - ale jest! Piękny, długi pomost pływający, więc pływy nam niestraszne. Na końcu pomostu jest metalowa bramka do miasta.
Ruszamy na miasto. Idąc od bramki prosto trafia się na główny trakt handlowy. Zasiadamy w męskim gronie w pubie, pustym o tej porze. Zamawiamy po porcji whisky, nalanej od serca, i spędzamy miło parę chwil. Pani za barem jest bardzo miła, przynosi nam prasę, trochę się usprawiedliwia, że jest tu tylko w zastępstwie. Siedzimy, przeglądamy lokalne brukowce, gawędzimy o wszystkim i o niczym... Tu też decydujemy iść na basen. Basen jest parę kroków od portu, przez jego okna można sprawdzić, czy nasz dzielny jacht stoi jeszcze na swoim miejscu.
W tym czasie prę jachtów dobiło do kei, w tym jeden większy od naszego :-o. Szwędamy się po pomoście, czekając na obiad, i ucinając rozmowy z braćmi żeglarzami. Osobiście rozmawiam z ludźmi z Royal Air Force. Nie byli pilotami, ale i tak spędzają czas na emeryturze aktywnie i chyba są zadowoleni, skoro robią to regularnie. Sądzę, że tacy ludzie mało obciążają system opieki socjalnej. Ale to wybór osobisty, w polityce może to być tylko kolejny slogan. A potem obiad, Druga Wachta: sznycelki z białym sosem, surówka z kapusty, ale jaka, itd. Nie dajmy się zaszczuć złym mitom o podłym jedzeniu w morzu. Nie podaję tu nazwisk, ale jak kiedyś Druga Wachta będzie chciała założyć wyszynk, służę z rekomendacjami.
Etap #8: Campbeltown - Inverkip
Środa, 28 Lipca
Wypływamy, już nie tak bardzo bladym świtem, z gościnnego Campbeltown. Idziemy wzdłuż Isle of Arran, są oczywiście chmury, ale i słońce, i droga jest piękna i na szczęście nie za krótka. W końcu trafiamy do Inverkip - czyli stacji końcowej. Sprzątanie jachtu, wspólne zdjęcia, ale to wszystko jest już jakieś inne, po kolei opuszczamy jacht, razem z Drugą Wachtą mamy wspólny samolot, więc ruszamy w ciemnościach, jako pierwsi...
Rejs niespodziewany, może trochę za łagodny. Trochę mało Szkotów w kiltach i ogniście rudych piękności, może trochę za dużo chmur i wilgoci... Może... Ale moje serce pozostało w Szkocji.
@Mu
Komentarze użytkowników : 3
druga wachta
12.11.2010 23:27, irminkaw
Kłania się połowa drugiej wachty - wielkie dzięki za wspominki!!!
16.11.2010 18:09, michalinane
Tak, tak Panie Michale, bywało się, widziało się, próbowało napoju celtyckich bogów (właśnie sączę resztki i myślę jak tu uzupełnić braki w barku) do zobaczenia na szlaku - Pozdrawiam, Pierwsza Wachta
Sekret whisky
23.11.2010 19:36, Florys
No, to ja już teraz wiem od czego pochodzi powiedzenie " ruda wóda na myszach..."
- Taki maleńki wypijesz- dwa dni nieprzytomny jesteś.
Pfuuj...
Komentarzy : 3
Copyright © 2009 wodniacy.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone.